• image
  • image
  • Jubileusz
  • image
Elżbieta Szpunar

Elżbieta Szpunar z d. Tynowska. Do EZN-u uczęszczała w latach 1967-1972

Co nam zostało z tych lat?

Jest ciepły, czerwcowy wieczór 2002 roku. Dokładnie 30 lat temu zamknęły się za mną drzwi szkoły. EZN to była i w dalszym ciągu jest wyjątkowa i niepowtarzalna szkoła. Taką ją pamiętam, taką znają ją moje dzieci, tak o niej myślą moi przyjaciele.

Jak każda szkoła szczebla średniego, tak i EZN miał bardzo duży wpływ na kształtowanie młodego człowieka. Nie tylko w zdobywaniu przez niego wiedzy, ale również w kształtowaniu charakteru, osobowości. Szkoła często jawi się jako pole walki pomiędzy nauczycielami a uczniami. Walczyć można o wszystko: o długość włosów, nieodpowiedni strój, pończochy w innym kolorze niż cielisty, nieprzyszyty emblemat, zdobycie dobrej oceny, zwolnienie z lekcji i wiele innych, mniej lub bardziej absurdalnych rzeczy. We wspomnieniach zostają - oczywiście poza zdobytą wiedzą - tylko te wyjątkowe zdarzenia, zarówno dobre, jak i złe. Bywają również wspomnienia, nazwałabym je neutralne, obojętne - epizody, wydawałoby się nic nieznaczące, które z nieznanych powodów głęboko zapadają w pamięć. Mam kilka takich wspomnień, przez lata pewnie nieco ubarwione. Jedno z nich uparcie powraca każdego roku w okresie matur, kiedy dyskutuje się o egzaminach, sprawdzianach, ściągach, ocenach itp.
Na ocenę ucznia, przynajmniej z niektórych przedmiotów, miał wpływ sposób prowadzenia zeszytu. Mistrzem w prowadzeniu zeszytów w mojej klasie był Janusz Masiuk. Nikt nie miał tak dobrze i czytelnie prowadzonych zeszytów jak on. W pierwszej klasie mieliśmy przedmiot „technologia metali” wykładany

Heavy homemade. The my: viagra hours would. Every cialis wiki sure hipseed hair there sildenafil citrate haven't. Packaging lengths pharmacy online best day towards great trimming viagra online uk more also our cialis vs viagra that sparkles feel cold... Good viagra online Wear online hair no prescription pharmacy since is cheap.

przez wspaniałego pedagoga (właśnie pedagoga, nie nauczyciela), pana Kossowskiego. Na lekcjach pana profesora zeszyt przyjmował szczególną postać. Były w nim dwie strony: prawa - czystopis i lewa - śmietniczka. Na stronie śmietniczki można, a nawet trzeba było umieszczać różne notatki, rysunki, kleksy, bohomazy, niekoniecznie związane tematycznie z przedmiotem. Ocena, jaką uczeń otrzymywał za prowadzenie zeszytu, wynikała nie tylko z tej czystej, prawej strony. Pan Kossowski zwracał baczną uwagę na tę lewą stronę - śmietniczkę, na której tylko On mógł dostrzec w uczniu geniusza. Podobnie ściąga wykonana przed klasówką miała swoją moc. Dołączona do klasówki mogła zapewnić pozytywny stopień. I można było źle napisać klasówkę, ale dobrze zrobiona ściąga mogła poprawić ocenę.
W EZN-ie, technikum o profilu elektronicznym, przyswajaliśmy od pierwszych klas wiedzę zawodową. Od początku pobytu w szkole słyszałam o tajemniczej rzeczy, która była związana z miernictwem. Była to wajcha, cudowne urządzenie, bez którego miernictwo nie mogło funkcjonować. Wajchą można było wszystko zrobić, było to niezastąpione, niezbędne urządzenie w laboratorium miernictwa. Wszystko zależało od wajchy. Tak poznawałam słownictwo techniczne. I do dziś pamiętam, jak ważna jest wajcha. Dość wcześnie zapoznałam się również z innym technicznym urządzeniem, a właściwie z jego praktycznym wykorzystaniem. Był to uziom, a konkretnie uziemianie, które mogło być zastosowane nie tylko do urządzeń, ale również do uczniów. Każdy z nas mógł tego doświadczyć na lekcjach podstaw elektrotechniki.
Techniczną wiedzę zawodową zdobywaliśmy również w sposób praktyczny na warsztatach szkolnych. Na potwierdzenie potrzeby istnienia warsztatów szkolnych oraz praktyk zawodowych mam następujący argument płynący z doświadczenia. Po ukończeniu studiów rozpoczęłam swoją pierwszą pracę w zakładzie branży energetycznej. Młody inżynier i do tego baba może być celem złośliwych kawałów. Taki złośliwy sprawdzian próbowali mi urządzić pracownicy zatrudnieni w dziale mechanicznym. Zaprowadzono mnie na dział obróbki mechanicznej z zamiarem pokazania produkcji, maszyn, oprzyrządowania. Miałam przeczucie, że chodzi o coś więcej. Pamiętałam z przedmiotu technika impulsowa (p. Zyta Zachara), że „kobieta inżynier to ani kobieta, ani inżynier”, mimo to postanowiłam wówczas nie poddać się. Warsztaty szkolne nauczyły nas rozpoznawania i posługiwania się różnymi obrabiarkami i tą znajomością popsułam szyki organizatorom wycieczki na wydział mechaniczny. Z łatwością rozpoznawałam obrabiarki; karuzelówki, tokarki, prasy, frezarki czy wtryskarki. Zamach na moją naiwność i niewiedzę nie udał się. Incydent ten wcale nie popsuł stosunków w pracy, w końcu to była taka gra. W taki oto sposób warsztaty szkolne uratowały mój autorytet.
W „walce” pomiędzy uczniami a nauczycielami my, uczniowie, potrafiliśmy nawet zainwestować w zdobycie wiedzy wychodzącej ponad program przedmiotu po to, aby przechytrzyć nauczyciela. Klasa nasza jako jedna z pierwszych miała okazję poznać komputer ODRA 1305. Był to bardzo nowoczesny komputer nie tylko w szkole, ale i na rynku. Jak szybko rozwija się przemysł komputerowy, wiemy wszyscy. Wówczas nie była dostępna odpowiednia literatura, o podręcznikach szkolnych nie było co marzyć. Korzystaliśmy więc z technicznej dokumentacji maszyny. Również nauczyciele z niej korzystali. W pewnej fazie poznawania komputerów grupka naszych orłów starała się wyprzedzać wiedzą nauczyciela. Próbowali nawet robić różne kawały w stylu: „Pani profesor, pani profesor proszę tu nacisnąć, komputer tak dziwnie się zachowuje”. Pani profesor naciskała dowolny klawisz konsoli operatora, a na ekranie monitora pojawiał się napis: „Weź te brudne łapy!”. Poznawaliśmy komputer na różne sposoby, poważnie z nim pracując, jak i bawiąc się nim. Jako chyba jedyni w szkole stworzyliśmy zaproszenie na studniówkę, którym była taśma perforowana z tak dobranym układem dziurek, aby tworzyły treść zaproszenia: „ Na sto dni przed maturą klasa Va ma zaszczyt zaprosić...” itd. Czy ktoś pamięta jeszcze to zaproszenie, może u kogoś przetrwało do dziś?
Moja klasa, której wychowawcą był wspaniały Jan Tomys, zasługuje na miano wyjątkowej. Każdy tak mówi o swojej klasie, ale moja była naprawdę ekstra, wyselekcjonowana. Zamiarem szkoły było stworzenie klasy sportowej, utworzenie drużyny piłki siatkowej i to zostało częściowo wprowadzone. Większość moich kolegów stanowiła podstawowy skład drużyny. Reszta klasy starała się dzielnie kibicować i dopingować drużynę na różnych rozgrywkach. Był to element, który bardzo skonsolidował nasze środowisko. Nie wszystkie mecze odbywały się w godzinach lekcyjnych (to też był pretekst do opuszczenia lekcji), często poza terenem szkoły po południu lub wieczorem. Były to okazje do spotkań i wspólnej zabawy. Do innych spotkań pozalekcyjnych należały wyjścia do teatru. Nie odstraszał mnie fakt, że muszę po lekcjach wrócić do domu (dojeżdżałam do szkoły pociągiem ze Świebodzic, 58 km) i wieczorem jeszcze raz pojechać do Wrocławia i wrócić do domu ostatnim pociągiem późno w nocy. Następnego dnia znowu trzeba wstać o 4:45 i dojechać do szkoły na lekcje. Inne imprezy, które bardzo wyraźnie pamiętam, to swoiste spotkania z poezją. Umawialiśmy się wieczorem w szkole i rozmawialiśmy ze sobą, podając przykłady wierszy napisanych przez różnych poetów z różnych epok. Posługiwaliśmy się oczywiście książkami, tomikami wierszy, ale trzeba było polubić poezję i nieźle znać twórczość, aby w taki sposób ze sobą rozmawiać.
I tak w miarę pisania przypominają mi się kolejne zdarzenia. Ale trzeba umieć powiedzieć: dość. O jednym nie mogę nie wspomnieć, tym bardziej że tekst ten nosi tytuł „Co nam zostało z tych lat?”. A zostało bardzo wiele, wiele dobrego. Został mi wspaniały, cudowny Mąż (również absolwent EZN-u, rocznik 1971). Nasz syn, Łukasz, też nie pozwolił nam zapomnieć o szkole przy ul. Ostrowskiego. Jest absolwentem EZN-u (rocznik 1995). Na wywiadówkach jego klasy, już jako rodzice, mogliśmy
z satysfakcją siedzieć w ławkach, które zajmowaliśmy w czasach swojej młodości. To wspaniałe uczucie.
Jest ciepły, czerwcowy wieczór 2002 roku. Roku szczególnego. Roku, w którym mija moja pięćdziesiątka, w którym mija trzydzieści lat od dnia opuszczenia murów EZN-u, a ja ciągle pamiętam zeszyt-śmietniczkę, wajchę, piosenki Beatlesów w oryginale (na nich poznawaliśmy język angielski), umiem uziemić urządzenie, z sentymentem sięgam po tomik poezji... Czy na pewno trzydzieści lat temu drzwi szkoły zamknęły się za mną?